"Między Berlinem a Pekinem" Z analitykami Ośrodka Studiów Wschodnich rozmawia Łukasz Warzecha. Naprawdę nie sądziłem, że będę zachwalał książki Frondy, ale ta jest neutralna. Świetna lektura. Wiedza analityków Ośrodka Studiów Wschodnich to jedno, ale największe wrażenie robi ich kultura otwartego, krytycznego myślenia i pięknego języka. Taka rzadka się ostatnio zrobiła.

Steven Johnson - "Małe wielkie odkrycia" ("How We Got To Now"). To książka o tym, jak twórcze skojarzenia pomagają sprawnym umysłom wymyślać nowe rzeczy. Bardzo inspirująca, zwłaszcza w czasach, kiedy wiemy już co wymyślić, ale jeszcze nie wiemy jak. Mamy czasy postinwentywne. Kogo interesują dziś szczegóły techniczne. Ja poproszę samochód elektryczny, ale żeby dało się do Łodzi na raz dojechać. I żeby był tańszy niż diesel i bez Czernobyla, Fukushimy i całej tablicy Mendelejewa. Sterowany tabletem, albo jeszcze lepiej myślą. Ups, chyba odbiegłem od tematu.

Simon Singh - "The code book". Simon Singh ma niezwykły dar prostego pisania o rzeczach skomplikowanych i wprowadzania ładu w tajną i pokrętną przecież historię szyfrowania. Jego książka o Wielkim Twierdzeniu Fermata jest również bardzo warta polecenia.

Bill Bryson - "Krótka historia prawie wszystkiego". "Skoro jesteśmy tutaj, to znaczy, żc mieliśmy bardzo dużo szczęścia To stwierdzenie obejmuje wszystkie żywe istoty. Wydaje się, że zaistnienie w postaci jakiejkolwiek formy życia stanowi nie lada osiągnięcie w tym wszechświecie. My, ludzie, mieliśmy oczywiście jeszcze większe szczęście niż cała reszta. Mamy nie tylko przywilej istnienia, lecz także zdolność zrozumienia, a nawet — na wiele różnych sposobów — do polepszenia go. Tę wyjątkową wśród żywych istot zdolność dopiero całkiem niedawno zaczęliśmy pojmować."
Bill Bryson jest generalistą, który umie słuchać specjalistów, a jeszcze lepiej umie zapisać to, co usłyszał. Niezwykła książka, do której zawsze warto wrócić.

François Lelord - "Hectors Reise oder die Suche nach dem Glück", czyli wspólczesny Kubuś Fatalista i jego pan, ale bardzo pozytywna i mądra to książka.

Katarzyna Berenika Miszczuk "Szeptucha" (dzięki Małgosiu!) czyli słowiańszczyzna górą. Musiałem natężyć swój skromny pierwiastek kobiecy, ale to bardzo świeża lektura na wakacje, których nie miałem. Kolejna część "Noc Kupały" jeszcze przede mną.

Robert Harris - "Oficer i szpieg" (dzięki Marku!), historia Alfreda Dreyfusa, francuskiego oficera niesłusznie skazanego za szpiegostwo pod koniec XIX stulecia, czyli co się dzieje, kiedy machina władzy nabierze za dużo pędu. Ta historia tak zafascynowała Romana Polańskiego, że namówił Harrisa na jej opisanie i dobrze się stało.

Piotr Adamczyk - "Dom tęsknot", magiczna opowieść polsko-niemiecka we Wrocławiu. Plus za męski punkt widzenia. Andrzej Saramonowicz - "Chłopcy". podobnie, ale polsko-polska i w Warszawie.

Michael Puett & Christine Gross-Loh - "The Path: A New Way to Think About Everything", czyli dlaczego dawni chińscy filozofowie są całkiem aktualni + interesująca krytyka zachodniego myślenia. Wcale się nie dziwię, że kurs Puetta jest oblegany na Harvardzie. Jest i po polsku, "Ścieżka", z takim nowoczesnymi bzdetami na okładce: ZMIENIĘ WASZE ŻYCIE!. Akurat. To co ważne jest w środku. Czyli w głowie.

Maria Nurowska - "Mój przyjaciel zdrajca", o płk. Kuklińskim, postaci niezwykłej i kontrowersyjnej. Plus za odpuszczenie łatwych odpowiedzi. Mam o tym też książkę Cenckiewicza "Atomowy szpieg. Ryszard Kukliński i wojna wywiadów". Cenckiewicz, no kto by pomyślał. Chwilami jest bardziej o nim i jemu podobnych. Chłopaki, w prawie 40-milionowym narodzie znalazł się jeden Kukliński, a milion czy ile tam było w partii, czekało na talon na malucha, bało się o siebie, rodzinę, dzieci. Może wymagacie od ludzi za wiele? Może za tanio Wam przyszła ta odwaga, poniewczasie? Może za bardzo Was to boli, że wąsaci byli odważniejsi? Może trzeba było zapuścić wąsy? Może trzeba było uczyć się trudnej sztuki kompromisu? Bo sztuka mimikry u nas jest jak zwykle niedroga. Ale mimikrą nie wygrasz ani biznesowych, ani prywatnych negocjacji. Trzeba umieć coś poświęcić.

Szczepan Twardoch - "Morfina". Świeża, soczysta książka. Nie za dużo, nie za mało tej narkotycznej em-formy. Jesień 1939, przedwojenny świat odchodzi w bólach. Ale taki jeszcze żywy. Morfina śmierzy ból. Narracja tej jakiejś przedbogini siedzi jak Faust aufs Auge. Świetny pomysł. A co było potem, wszyscy wiemy. W jakiś sposób każda książka jest o mnie, o nas. A gdybym to był ja? Nie, no co Ty. Tak? To po co czytasz?

Szczepan Twardoch - "Król". Książka jak prawy prosty boksera Makabi Warszawa. Chociaż nie lubię boksu i gangsterki, to tu mimo to jeszcze bardziej Faust aufs Auge, taka jest siła tej literatury. Tylko te kaszaloty za płoty. Założył się pan z kimś, że umieści pan faunę morską ponad Warszawą, panie Szczepanie? Ale muszę też przyznać, że pan Twardoch nie interesuje mnie jako człowiek. Nie interesują mnie jego poglądy, dzienniki i wywiady z nim. Interesują mnie tylko jego książki.

Jacek Hugo-Bader - "Biała gorączka", "Dzienniki kołymskie", "W rajskiej dolinie wśród zielska". Nigdy nie przekraczałem wschodniej granicy Polski. Jakoś mnie nie ciągnie, a tu ktoś pojechał za mnie. Ostro pojechał. Do ludzi, do których nigdy bym nie dotarł. Są ciekawe uzupełnienia do tych książek. Francuz Astolphe Custine napisał dawno temu "Listy z Rosji. Rosja w 1839 roku". Dla mnie ciekawe, że zaczyna w Bad Ems. To takie pobliskie, kiedyś świetne, teraz trochę podupadłe niemieckie uzdrowisko, które bardzo lubiła carska rodzina. Moja teraz też je lubi. Astolf ma bystre spojrzenie i fajnie byłoby pogadać z nim o tym i owym nad kieliszkiem wina - to ciekawy gość. Jeszcze z innej beczki jest "Witajcie w Rosji" Dmitra Glukhovskiego, inteligenta satyra trochę w stylu Bułhakowa.

Z fantastyki też. Jarosław Grzędowicz - wszystko, zwłaszcza "Pan Lodowego Ogrodu", ostatnio "Hel 3". Pilipiuk, też sporo, zwłaszcza "Oko Jelenia". Oprócz ostatniego tomu pt. "Sowie zwierciadło", który jest do niczego. Znielubił Pan swoich bohaterów, panie Jakubie? Wegner, "Opowieści z Meekhańskiego pogranicza". Taki nowy Sapkowski, więcej, bardziej.

Neil Bascomb pisze książki historyczne, jakich przed nim nie czytałem - przystępne jak powieść sensacyjna, świetnie udokumentowane, żywe. Tu najważniejsi są ludzie, mają swoje historie, racje i sposoby myślenia. Po amerykańsku konkretnie, bez dzielenia włosa. Wiadomo po czyjej stronie jest sympatia autora, chociaż ukazane są fair obie. Ożywają trochę już zapomniane, ale ważne fragmenty historii. "Zimowa forteca" jest o lodowatej norweskiej wojnie o ciężką wodę, "Czerwony bunt" przenosi nas na pokład pancernika Potiomkin na upalne Morze Czarne, a w "Wytropić Eichmanna", jak wiadomo, "Oczy - w normie (...) Ilość palców u rąk - dziesięć (...) Inteligencja - w normie. Czego się spodziewałeś? Szponów? Olbrzymich kłów? Zielonej śliny? Szaleństwa?".
"Historia to nic innego jak tylko działalność dążącego do swoich celów człowieka", powiedział brodaty Karol, dowiedziałem się od pana Bascomba.
Mam jeszcze sprawę do pana Jana Wąsińskiego, tłumacza "Czerwonego buntu". Nie wiem jak jest w orginale, ale trochę mnie razi że ktoś "wparował", wykazał "zdroworozsądkowość", czy kogoś "dorwał". Za 20 lat nikt tak nie powie, a historia buntu na Potiomkinie będzie tak samo warta uwagi. Jak ktoś mądrze napisał na koszulce książki - jak bunt na pokładzie łodzi podwodnej wyposażonej w broń atomową. Albo statku kosmicznego z jakimś innym paskudztwem.

Kiedyś miałem ambicje doczytać każdą książkę do końca. A teraz już nie szafuję tak swoją uwagą. Szkoda czasu na słabe książki, tyle jest dobrych!

C.D.N. Prawie wszystkie te książki na moich elektronicznych półkach.

PS. Bardzo lubię tu pisać. Co prawda nikt tego nie czyta, ale nie muszę dyskutować z idiotami na Facebooku.

Add a comment

Next Post Previous Post